Zwiedzając poczdamski park Sanssouci, zbudowany na zlecenie króla Fryderyka II Wielkiego, moją uwagę przykuło oczywiście wiele rzeczy – sam ogrom i organizacja parku, sad drzewek wiśniowych, znajdujący się zaraz za kunsztowną oranżerią (chociaż przez większość czasu oglądania budowli z zewnątrz zastanawiałam się, jak oranżeria może mieć tak mało okien – dopiero potem odkryłam, że właściwie wszystkie duże okna znajdują się po drugiej stronie), czy rozległe winnice. Tak, sam pałac też oczywiście zauważyłam, ale znacznie bardziej spodobała mi się wtedy ciekawostka, że Fryderyk II został pochowany ze swoją jedenastką najbardziej ukochanych psów. Ze względu na aktywny udział Fryderyka w rozbiorach Polski, nie będę się rokokowym arcydziełem tak bardzo ekscytować, jak mogłabym to zrobić w innym wypadku. Wszystko może być kwestią polskiego honoru, jeśli się tylko bardzo chce – nawet piękna architektura.

Nie – to, co mnie zainteresowało najbardziej w całym parku był stosunkowo mały, niepozorny domek, który z łatwością można przypadkiem pominąć, jeśli tylko się skręci w złą stronę (ja go znalazłam dlatego, że skręciliśmy w złą stronę). Uczucia miałam mieszane. Z jednej strony domek wydawał mi się jednogłośnie i oczywiście „chiński”, cokolwiek to w tym kontekście mogłoby oznaczać, ale tylko i wyłącznie jeśli na ten domek spojrzy się mrużąc oczy bez okularów – czyli właśnie tak, jak to zrobiłam ja. Ta oczywista „chińskość”, która rzuciła mi się wtedy w oczy teraz jest właściwie jedynie cieniem, ukrytym gdzieś w rysie dachu, nakreślonym leniwie w kształcie kolumny, odznaczającym się w niecodziennym turkusie ścian. Ale nadal gdzieś tam jest.
Fascynacja Orientem w kulturze europejskiej istniała prawdopodobnie od zawsze, ale dopiero w wieku XVIII i w szczególności w wieku XIX zainteresowanie to urosło do poziomu prawdziwej manifestacji – czy to w literaturze, malarstwie, wystroju wnętrz, czy w architekturze. Francuski malarz Jean-Léon Gérôme jest prawdopodobnie najbardziej rozpoznawalnym przedstawicielem Orientalizmu w malarstwie, w znacznej mierze dzięki filozofowi i krytykowi kultury Edwardowi W. Saidowi. Książka jego autorstwa, sugestywnie nazwana Orientalizm, mimo że nie wymienia Gérôme’a z nazwiska, ma na okładce jednego z wydań dzieło właśnie tego malarza – obraz pod tytułem Zaklinacz węży.

Można powiedzieć, że jest to dzieło raczej kontrowersyjne. Kulturowo niespójne, nieoczywiście, ale jednak wyraźnie zmysłowe, z nutą arabskiego mistycyzmu. Krytyka całości sprowadza się do mieszaniny wszystkich tych elementów razem wziętych i często skondensowanych do jednego zarzutu – kultura zachodnia nie wie nic o kulturze wschodniej. Według Saida Orient istnieje jako wytwór Zachodu, który kreowany jest przez błędne reprezentacje Wschodu w literaturze, sztuce, czy tekstach akademickich. W tych reprezentacjach tworzy się dualizm: Zachód i „Inny”. To właśnie dzięki tym przykładom inności, często mylnym i krzywdzącym, Zachód jest w stanie zdefiniować siebie jako moralnie, artystycznie, ekonomicznie, czy intelektualnie lepszy. Nie chciałabym się kłócić z Edwardem Saidem, twierdząc, że w zachodnich reprezentacjach wszystkich niechrześcijańskich kultur na wschód (czasem też na południe lub południowy wschód) od któregoś z krańców Europy – a proszę sobie samemu dopowiedzieć, gdzie Europa się kończy – nie ma żadnych elementów rasizmu, ksenofobii, islamofobii, czy zwykłej ignorancji. Mogę jedynie dodać, że oprócz tego wszystkiego jest tam zwykła fascynacja tym, co jest nam nieznane.
Przyglądałam się z bliska posągom, znajdującym się przy wejściu do Pawilonu Chińskiego. Niektóre twarze wyglądały dla mnie europejsko, niektóre bardziej mongolsko, niektóre postaci miały na sobie pagri, czyli hinduskie turbany, niektóre kobiety miały fryzury ułożone na modłę osiemnastowiecznej Francuzki. Pozłacane (chociaż wątpię, że złotem) kolumny wyrzeźbione zostały tak, by przypominać tropikalne drzewa. Z daleka można je pomylić z porządkiem korynckim obecnym w architekturze starożytnej Grecji, co mogło być zabiegiem celowym, zważając na popularność klasycyzmu w XVIII wieku. Nic w architekturze domku nie jest w pełni i niezaprzeczalnie chińskie, a jednak sprawia wrażenie, jakby było. Domek jest chiński, nie będąc chińskim właściwie wcale.
Pawilon Chiński w Poczdamie nie jest idealnym odzwierciedleniem chińskiej architektury, tak samo jak liczne orientalistyczne obrazy Gérôme’a nie są idealnym odzwierciedleniem kultury Bliskiego Wschodu. Są one synkretycznym amalgamatem tego, co jest nam, Europejczykom (a już na pewno Europejczykom osiemnasto- i dziewiętnastowiecznym) powszednie i znane, oraz tego, co jest dla nas niezwykłe, obce, egzotyczne. Są to ówczesne wyobrażenia na temat kultur wschodnich – a zaliczają się do tego zarówno wyobrażenia pozytywne, jak i te negatywne oraz niemające żadnego potwierdzenia w rzeczywistości, które razem tworzą coś zupełnie nowego, kontrowersyjnego, interesującego.
Europejczycy nie byli jedynymi, którzy fascynowali się w tamtych czasach odległymi kulturami. Z Jezuitami do Chin przybyło upodobanie do europejskiej architektury. Cesarz Qianlong zlecił Giuseppe Castiglione około roku 1747 zaprojektowanie kompleksu cesarskiego w Pekinie. Xiyang Lou, gdyż tak właśnie nazywał się kompleks, składający się między innymi z labiryntu, fontann, bramy z wolierami (wiedzieliście, że coś takiego jak brama z ptaszarnią w ogóle istnieje?) i głównego pawilonu Haiyan Tang, został stworzony w stylu włoskiego baroku przez mieszankę europejskich artystów i inżynierów. Widać oczywiście w szczegółowym projekcie nie tylko sam barok, ale jego połączenie z chińską architekturą za czasów panowania dynastii Qing. Niestety, większa część kompleksu została spalona przez zjednoczone siły anglo-francuskie w 1860 roku. To by było na tyle, jeśli chodzi o pokojowy synkretyzm kulturowy.

W XXI wieku zamiłowanie do Orientu jest nadal silne, chociaż mniej silne niż wpływy współczesnej architektury zachodniej na architekturę Azji (a mówię tutaj zarówno o Bliskim Wschodzie, jak i Dalekim). Wpływ globalizacji na budownictwo jest zaiste rozczarowujący. Minimalizm stał się popularny już w latach 60. i 70., ale po 2010 roku odżył na nowo, a razem z tym renesansem pojawiła się moda na minimalizm japoński. Jest to styl prosty, ale nie surowy; stawia na otwartość i harmonię przestrzeni, nawiązuje ideowo do zen. Z drugiej strony w wielu kręgach internetowych nastąpiło zmęczenie sterylnym, beżowym minimalizmem elit. Te osoby znajdą za to, jak wielu przed nimi, uroki maksymalistycznego przepychu, jaki oferuje współczesne rokoko, za którym zawsze podążać będzie cudaczna, piękna i wyjątkowa „szinuazeria”.