Dwa miesiące w górach Tien-Szanu, gdzie kiełkował pomysł, między tradycją nomadów a współczesnym outdoorem. Poznajcie Zuzannę Wilczyńską i jej kolekcję ”Trail” – opowieść o tym, jak góry, symbole i technologia mogą współistnieć w jednym ubraniu.
Gorpcore to uliczny styl, w którym przeplatają się elementy odzieży sportowej, głównie outdoorowej, trekkingowej, z codziennością (w skrócie: sportowa kurtka do jeansów). Nurt inspirowany odzieżą techniczną zagościł na wybiegach kilka sezonów temu, a dziś mamy już jego rodzimą interpretację w postaci kolekcji przywiezionej prosto z gór Azji Centralnej. O ”Trail” opowiada autorka – Zuzanna Wilczyńska, projektantka, którą w szczegółach i z wielką przyjemnością przedstawiam w tym wywiadzie rzece. Dzięki niej poznaję rozwinięcie skrótu Gorp – Good Ol’Raisins and Peanuts, czyli amerykańska mieszanka rodzynek i orzeszków, którą zabiera się na wycieczki – chociaż, jak zaznacza artystka nie jest to jej główna inspiracja, ale ważny nurt, o którym nie sposób milczeć wgryzając się w genezę i wątki współtowarzyszące powstaniu ”Trail”.
Outdoorowa perfekcjonistka, która przemierzając kazachskie szlaki jeszcze nie wiedziała, że niebawem wszystkie utrwalone w pamięci detale z podróży zostaną przelane na tkaniny. Widziała konie, których kopyta bezpiecznie zatrzymywały się przed lustrem turkusowej wody. Jasne kamyczki gęsto pokrywające brzegi, zza których wyrastały góry z zaśnieżonymi szczytami. Przyznała, że pakowała się z namysłem, bo właśnie w momencie wciskania na dno plecaka kolejnych rzeczy, ważyły się jej losy. To wtedy przekonała się, że zabierana na wyprawę odzież musi być multifunkcyjna, lekka i szybko schnąca. Przez dwa miesiące miała na sobie codziennie niemalże to samo, bo wiedziała, że ciężar nadmiarowych ubrań odczuje na swoich plecach. Dziś bawi ją ten kontrast i z uśmiechem przyznaje: ,,Dzięki przeprawie przez góry Azji Centralnej powstała kolekcja ubioru, a ja wówczas wyglądałam zupełnie niemodnie”.
Kierunek podróży nie był przypadkowy. Celem było niecodzienne spotkanie, a towarzyszem wyprawy partner – Eliasz, który już wcześniej reklamował ten rejon świata jako Patagonię Azji Centralnej, tylko mniej turystyczną. To jego rodziców mieli okazję tam spotkać, wcześniej śpiąc w zdobionych regionalnymi ornamentami jurtach – solidnych, okrągłych namiotach z drewnianym szkieletem – a za dnia wędrując kolejne kilometry w głąb nieskażonej miastem ciszy.

Zgodnie z umową, czekam na obrazki, pierwsze wrażenia i wszelkie uwiecznione detale. Czy pamiętasz jakieś konkretne momenty, które Cię zainspirowały?
To było moje pierwsze zetknięcie z kulturą centralnoazjatycką, kulturą nomadów, ludów plemiennych i koczowniczych, które w tamtych rejonach żyły w przeszłości, ale również dziś można je spotkać w niektórych mniejszych górskich miejscowościach. Po prostu oczarowało mnie to. Pierwsze skojarzenia prowadziły mnie mimo wszystko do Zakopanego, gdzie też przecież mamy naszą górską ornamentykę, kierpce i muszelki na kapeluszach, ale tutaj doświadczyłam tego w podkręconej, azjatyckiej wersji. Wszystko wydawało się przaśne, kolorowe, filcowe i we wzory. Nawet taksówki były wyłożone kocami w kirgiskie motywy.
Brzmi jak porcja silnych bodźców. Czyli to wzornictwo krzyczało na każdym kroku?
Tak, to było absolutnie in your face. Bardzo intensywne. Ale co ciekawe, będąc tam tylko wchłaniałam to wszystko. Niestety nie mam takiej pięknej opowieści, w której idąc sobie górskim szlakiem przyszedł mi do głowy taki a taki pomysł. To wszystko gdzieś tam kiełkowało.
Jestem w stanie wyobrazić sobie perfidnego twórcę, który w tych okolicznościach dopisuje wiele scen i nagina rzeczywistość, żeby marketingowo to jak najlepiej opakować.
Jakiś czas temu rozmawiałam właśnie o tym, że w tej branży i w ogóle w kreatywnym świecie lepiej być nieskromnym. Im bardziej w siebie wierzysz i siebie wszędzie promujesz, wrzucasz, postujesz i po prostu pchasz, tym potem masz z tego więcej korzyści.


Wróćmy do Azji Centralnej. Opowiesz mi więcej o detalach i wizualnych inspiracjach?
Proces ten można podzielić na dwa etapy. Wizualnych inspiracji naturą, z której przeniosłam kolory. W mojej kolekcji są błękity kojarzące się z niebem, dużo bieli i szarości przywołujących surowy, górski krajobraz i kamienie. Nie brakuje też, rzecz jasna, zieleni. Równolegle przebiegał proces inspiracji odzieżą. Były to zapięcia plecaka, kijki trekkingowe i po prostu rzeczy, które towarzyszyły nam codziennie. Jednocześnie moją uwagę nieustannie przyciągały tamtejsze tradycje i folklor, a zatem przede wszystkim wełny i filce. Stanowiło to bardzo duży kontrast wizualny – membrana w odzieży sportowej i wełniany filc.
A skąd wzięły się symbole towarzyszące Twojej kolekcji?
To symbole towarzyszące ludom nomadycznym i koczowniczym. Są inspirowane baranimi rogami. Ten symbol ma różne formy, ale jego nieodzownym elementem jest zawijas – łuk wygięcia baranich rogów. Miał gwarantować plemionom powodzenie, szczęścia na łowach i otaczać lud opieką. Pomyślałam sobie, że to piękny talizman dla współczesnego podróżnika i dlatego postanowiłam go wykorzystać w dzianinach. Ma on nawet swoją nazwę po kazachsku – Koszar Muiz.

Ale nie wyszywałaś go ręcznie, prawda?
Prawda, mamy na uczelni dostępne maszyny – zarówno ręczne, bardzo stare, jak i nowoczesną maszynę Stoll. To jest maszyna podpięta do programu, w którym można projektować wzory i to jest świetna okazja, żeby się najbardziej kreatywnie wyżyć, jeśli chodzi o printy.
Czyli programujesz wzory na komputerze?
Dokładnie. Inspirowałam się liniami z odzieży sportowej, takiej termicznej, opinającej sylwetkę. Chciałam naśladować te linie, tylko że w odzieży sportowej one wynikają z konkretnej technologii tworzenia, a u mnie to była inspiracja wizualna. Wykorzystałam też te symbole kazachskie i wzór z dywanu, któremu zrobiłam zdjęcie w domu jednej pani w Kirgistanie, gdzie się zatrzymywaliśmy na noc. Tam była cała frontowa posadzka wyłożona dywanami. Dywan oczywiście potem przerobiłam w Photoshopie, zmieniłam kolory i połączyłam z różnymi sportowymi liniami.


No i proszę, od momentu kiełkowania pomysłu, jesteśmy już w procesie. Szkicujesz swoje projekty?
Na pewno pracę zaczynam w taki raczej klasyczny sposób, czyli przeglądam swoje inspiracje. Robię moodboardy, czyli tablice inspiracyjne, ale zaraz potem powstają kolaże i to z nimi pracuje mi się najlepiej. Korzystałam ze zbiorów zdjęć, które powstały na wyjeździe. Robię sobie zoom na interesujące mnie elementy. Na przykład jest takie zdjęcie Eliasza, który stoi w zapiętej kurtce, spod której wystaje mu jakiś kołnierz, który układa się w ciekawy sposób. Do tego obok jest zamek. Zbliżenie, przeskalowanie, odwrócenie. Dzięki temu powstają bardzo abstrakcyjne rzeczy.


Z Twoich ust jeszcze nie padła pełna nazwa kolekcji oraz rozwinięcie!
Trail – czyli szlak, ścieżka. Kolekcji towarzyszy motyw podróży i odzwierciedla to bycie bezpośrednio w górach, ale pod nazwą kryje się też ścieżka powstawania tej kolekcji, moja droga od początku do końca procesu twórczego. Pełna nazwa to „Trail, kolekcja ubiorów inspirowana podróżą w góry Azji Centralnej”. Może warto dodać jeszcze jeden element tej historii. Przylecieliśmy do Polski, spędziliśmy tu jedną noc, bo mieliśmy przesiadkę w Krakowie i polecieliśmy do Kopenhagi odwiedzić moją siostrę, która mieszka w Szwecji. To był bardzo ciekawy przeskok, bo nie dość, że trzy dni temu byliśmy gdzieś daleko, spaliśmy w jurcie, to trzy dni później jesteśmy w Krakowie, a potem w Kopenhadze, która jest teraz modową stolicą Europy. Skandynawia, nowe technologie – miałam taki potężny dysonans. To było dodatkowe potwierdzenie, że naprawdę byłam w bardzo dziwnym miejscu.
A skoro już jesteśmy w naszej zdigitalizowanej rzeczywistości… Pogrążony w krzykliwych postach świat wciąż nagabuje przyklejonych do ekranów doomscrollerów do zakupu kolejnego t-shirtu z nadrukiem. Co o tym myślisz? I jak prezentują się Twoje zawodowe plany?
Wyprodukowanych koszulek jest już pewnie na świecie tyle, że mogłoby się w nie ubrać kilka kolejnych pokoleń. Przemysł odzieżowy ciągle mówi ludziom, że to już jest niemodne, tego nie masz, wyrzuć to, kup to. Na tych zasadach działa biznes. Mam z tym problem, dlatego chcę przejść swoją drogę. Nawet jeśli przepracuję w sieciówce parę lat, to zrobię to, żeby zdobyć wiedzę i doświadczenie. Korporacje to wielkie struktury, które z pewnością, mimo wielu wad i wątpliwych pod względem etycznym praktyk, mają również wypracowane metody pracy, których podpatrywanie może być wartościowe. Jeśli potem dostanę szansę na realizację swoich idei i np. działanie z rzeczami z odzysku, żeby nie wypluwać kolejnej marki, która będzie robiła t-shirty, to będę szczęśliwa.

Zuzanna Wilczyńska (urodzona we Wrocławiu w 2000 roku), absolwentka Łódzkiej Akademii Sztuk Pięknych na kierunku Projektowanie Ubioru. Jej prace odzwierciedlają fascynację pięknem codziennych przedmiotów, natury czy detali otaczającej nas rzeczywistości. Wierzy w modę, która nie zapomina o tym, że jest przede wszystkim sztuką użytkową i powinna służyć, a nie wzrastać ponad jej użytkowników.