W 2005 r. pojechałam autostopem do Wenecji i oniemiałam z wrażenia przed sklepem Pucci. Ponieważ nie miało się wówczas bezpośredniego kontaktu z praktycznie żadną tego typu marką, zapamiętałam te esy-floresy i później ich wypatrywałam. Ale bezskutecznie.
Trafiałam głównie na kombinezony narciarskie w nieskładne maziaje, ewidentnie kierowane do tych, którzy nie mają większych zmartwień niż après-ski w Chamonix. Ponieważ do nich nie należałam, coraz rzadziej oglądałam te esy-floresy. Zapomniałam o Pucci i dziś, przypominając sobie o nich po latach, pomyliłam nazwę z polskim producentem walizek Puccini. Ale tryby za kulisami wciąż się kręciły. Impas został przełamany. W 2021 r. artystyczne stery w firmie przejęła Camilla Miceli, roześmiana paryżanka, która wcześniej projektowała dodatki w Louis Vuitton. – Tchnie nowe życie w markę, która młodym z niczym się już nie kojarzy – mówił wtedy krytyk Luke Meagher. I tak się chyba stało, bo lato 2025 na Instagramie to była Sofia Richie Grainge w cytrynowo-żółtych printach i Bella Hadid z hipisowskimi maziajami wokół rękawów. Estetyka się nie zmieniła, ale w międzyczasie trendy powróciły. Pucci chyba znów trafiło w swój moment.
Paco Rabanne to podobno więcej niż perfumy
Inną marką, która wychynęła z otchłani dziejów, gdy zaczęłam pisać ten tekst, jest Paco Rabanne. Gdy wyszukasz dziś to hasło, zobaczysz same perfumy, a przecież to właśnie Paco Rabanne w latach 60. pierwszy robił sukienki z plastiku, metalu czy płytek (no dobrze, może te z płytek ceramicznych to był kiepski pomysł, ale sukienki à la zbroje uchowały się: wracają wciąż na zdjęciach Kate Moss z lat 90., na Paris Hilton w latach 2000, czy później na siostrach Kardashian). Jego dzieje od rezygnacji z linii couture w 1999 roku przypominają nam, że nie tylko ludziom, ale i markom zdarzają się życiowe potknięcia, okresy powolne, złe decyzje. Nieśmiały come-back zaczął się od 60-metrowego sklepiku w 2016 roku.

Kolejny, większy, otworzył się w 2020 roku i dziś łatwo powiedzieć: nie w porę. Trudno się dziwić, że otwarcie jeszcze kolejnego przesuwano z 2021 na 2022 rok i marka do dziś tak naprawdę żyje głównie online. Czy z sukcesami? Umiarkowanie, bo jakiegoś wyraźnego trendu, który miałby źródło w ich butiku w ostatnich latach, próżno szukać, a gdy próbujemy znaleźć coś o Rabanne (nazwa zmieniła się w 2023 r.), trafiamy wciąż na make-up i perfumy.
W stronę perfum na lata skręciła też marka Mugler. Nawet jeśli nie kojarzymy jej z nazwy, to pamiętamy bardzo zmysłowe sukienki charakterystyczne dla lat 90. i 2000: Demi Moore w „Niemoralnej propozycji”, Beyoncé w kusym cielistym body na słynnych zdjęciach z trasy w 2009 roku, Eva Herzigová i Linda Evangelista tańczące w teledysku do „Too Funky” George’a Michaela… To na tyle charakterystyczne ujęcia, że wyszły poza modę i dziś są już częścią popkultury. Później napięcie nieco siadło. Od 2003 r. nie było już linii haute couture, a znalezienie dyrektora kreatywnego, który na dłużej zagrzałby miejsce w firmie, okazało się trudne. Marka Mugler pojawiała się już tylko przy okazji rzadkich wystąpień gwiazd w sukienkach vintage z dawnych kolekcji. Prawdziwy come-back to dopiero 2024 rok: kolekcja dokładnie taka, na jaką czekali fani „dawnego” Muglera, z futurystycznymi sylwetkami (tak, nadal są futurystyczne), królewskimi materiałami, powrotem do plastikowych ubrań, które dzięki nowszym materiałom i technikom kroju mogą już dziś leżeć inaczej niż te toporne sprzed lat.Już od kilku lat marka rośnie w tempie dwu-, a nawet trzycyfrowym rocznie. W 2023 r. 120 nowych sklepów zaczęło sprzedawać ubrania z metką Mugler, a to przy dzisiejszym krajobrazie w handlu duży sukces.

Marki z tradycją zaczęły boleśnie przekonywać się, że niekoniecznie liczy się bogata przeszłość, ale to, czy o najnowszym looku jest głośno na Instagramie. I tak nobliwa, nieco ciągnąca naftaliną marka Schiaparelli przypomniała w 2023 r. o początkach sięgających przyjaźni Elsy Schiaparelli z Salvadorem Dalím w sposób symptomatyczny: Kylie Jenner pojawiła się na paryskim tygodniu mody z głową lwa przyszytą do czarnej kiecki (lew był sztuczny, choć realistyczny). Efekt? Firma analityczna Launchmetrics policzyła, że 78 proc. wszystkich publikacji dotyczących Paryskiego Tygodnia Mody skupiło się na lwie, a wartość obecności marki w mediach w tym tygodniu (cokolwiek to znaczy) sięgnęła 44,5 mln dol. Efekt tej i kolejnych podobnych kolaboracji? O firmie znowu się mówi, a sukienka z fakturą skóry węża czy kawowa suknia-origami z kolekcji jesienno-zimowej na 2025/2026 rok to ponadczasowość w najlepszym wydaniu.

Firmie udało się jeszcze coś. Cudaczna biżuteria i dodatki, jak „rozpływające się” złote oczy z łezkami z pereł, są nie tylko jak żywcem przeniesione ze snu Dalego, którym inspirowała się założycielka marki w 1927 roku, ale też przyciągają uwagę podczas scrollowania. Okazuje się, że koncepcje, które mają już ponad 100 lat, są dziś świetnym statement accessory generacji, którą niekoniecznie stać na kreacje haute couture (i niekoniecznie miałaby je gdzie nosić).

Powraca Courrèges i Patou
Na nowo zdefiniowały się takie legendy, jak obchodząca niedawno 100-lecie francuska marka Patou czy powracający ze stagnacji po ćwierćwieczu Courrèges, który pod okiem Nicolasa de Felice okazał się być stosunkowo niedrogą marką łączącą zachcianki młodych z pragmatyzmem rodziców, którzy często za nie płacą. To coś w rodzaju mundurków z 2003 roku: dzwony, proste topy i czarne golfy jak przeniesione z polskiej ulicy z czasów, gdy królował Arkadius (Arkadius?! Ale to temat na inny artykuł). Ciekawe zdanie przeczytałam w „Vogue Arabia” odnośnie Pucci: marka ma dziś sens, bo moda potrzebuje słońca, zwiewności i połysku, zamiast udawać powagę i zaaferowanie bieżącymi wyzwaniami świata. Coś w tym jest. Mi też nie chce się już czytać apeli, wezwań i odezw, tak nieodzownych w ostatnich latach nie tylko w modzie. Przecież w tym wszystkim miało chodzić o zabawę…


