Tomasz Wilczkiewicz, politolog z wykształcenia, rysownik i ilustrator z zawodu.
Tomasz Wilczkiewicz, politolog z wykształcenia, rysownik i ilustrator z zawodu.
Ludzie i Historie

Nie znosi grafficiarzy, chociaż sam maluje po pociągach

Wychował się na komiksach. Już jako dziecko uwielbiał rysować. Najbardziej korciło go mazać po ścianach. I nie wyrósł z tego. Wciąż maluje. I jeszcze mu za to płacą. Tomasz Wilczkiewicz z Lublina jest prawdopodobnie jedynym rysownikiem w Polsce, którego dzieła można podziwiać na łódzkich pociągach.

Kilka lat temu dostał taką nietypową propozycję z Instytutu Pamięci Narodowej w Łodzi: miał pomalować skład pociągu. Takie „legalne” graffiti z patriotycznym przesłaniem. Bohaterem rysunków miał być 9-letni Tadzio Jeziorowski. To niezwykła postać. Tadzio brał udział w wojnie bolszewickiej 1920 roku. Uciekł z domu, pomagał w obronie Płocka, nosił sprzęt opatrunkowy, pomagał przy budowie barykady i stał się niezwykłym bohaterem. Był najmłodszym uczestnikiem wojny, który został odznaczony Krzyżem Walecznych przez marszałka Józefa Piłsudskiego. Wybór Tomasza Wilczkiewicza na autora niecodziennego graffiti nie był przypadkowy. Od lat tworzy rysunki m.in. dla Tygodnika Angora. Jest też autorem wielu komiksów.

Z tym Tadziem to było dla mnie kolejne duże wyzwanie – podkreśla Tomasz. – Jego historia tak mnie jednak zafascynowała, że nie wahałem się ani chwili. Narysowałem o nim komiks, a niektóre rysunki umieściłem właśnie na pociągu Łódzkiej Kolei Aglomeracyjnej. W sumie mogę się pochwalić trzema takimi pociągami. Na pozostałych są motywy z moich kolejnych komiksów – o generale Władysławie Andersie i „Warszycu” – żołnierzu niezłomnym. Tomasz jest z wykształcenia politologiem. Skończył Uniwersytet Marii Curie-Skłodowskiej. Od dziecka uwielbiał jednak malować. I jak to dziecko – malował wszędzie. Także na ścianach, z czego rodzice – co łatwo zgadnąć – nie byli zachwyceni. Nie przypuszczali, że za kilkanaście lat ich syn będzie w ten sposób zarabiać na życie. Jeszcze jako nastolatek zetknął się po raz pierwszy z komiksami. Od razu go zauroczyły. Uwielbiałem je – podkreśla. – Wychowałem się na kultowym „Tytusie, Romku i Atomku”. Żeby kupić każdy następny odcinek, to stałem godzinami w kolejce w księgarni. Wcześniej ten komiks był drukowany w odcinkach w „Sztandarze Młodych”. Mam w domu całą kolekcję „Tytusa” Papcia Chmiela. Trzymam też te o Klossie i serię przygód kapitana Żbika. Wciąż wracam do nich z ogromnym sentymentem. Tomasz pamięta świetnie swoje pierwsze pieniądze, które zarobił używając przysłowiowych kredek. Było to niemal czterdzieści lat temu. Jego kolega ze studiów pracował wtedy w jednej z ogólnopolskich gazet i zaproponował mu, żeby graficznie „skomentował” pewien artykuł. Rysunek się spodobał i został opublikowany. Poszedł za ciosem.

Swoje rysunki wysłałem do kilkunastu różnych redakcji – wspomina Tomasz. – Byłem mile zaskoczony, że prawie wszystkie wyraziły chęć współpracy ze mną. Rysowałem również dla „Sztandaru Młodych”, kiedy redaktorem naczelnym był Aleksander Kwaśniewski, późniejszy prezydent. Po jakimś czasie związałem się etatowo ze „Sztandarem Ludu”, potem „Dziennikiem Wschodnim”i w końcu z „Angorą”. Teraz wprawdzie pracuję dla tej ostatniej już jako emeryt, ale wciąż mi to sprawia ogromną frajdę. W swojej pracy miał także zlecenia, które przynosiły mu niezłe pieniądze, a nie wymagały zbyt wiele trudu. Przykład? Chociażby prosta grafika czarno-białej postaci dla jednej agencji reklamowych. Tomasz nie był zbytnio przekonany do tego zlecenia i rzucił dość zaporową wówczas cenę – a było to kilkanaście lat temu. O dziwo, zgodzili się bez mrugnięcia okiem. I zapłacili dwa tysiące złotych za tę postać. Na komiksie, jak sam przyznaje, autor może zarobić od kilku do kilkudziesięciu tysięcy złotych. Tomasz ma swoich idoli w tej branży. Jego niedoścignionym wzorem jest Grzegorz Rosiński, który jest m.in. autorem komiksów o słynnym kapitanie Żbiku z czasów PRL-u i słynnej serii komiksowej „Thorgal”. Rysował również w legendarnym dziś magazynie komiksowym Relaks, który ukazywał się pod koniec lat 70. ub. w.

Rosiński jest rysownikiem z najwyższej półki – podkreśla Tomasz. – To jest rysownicza Liga Mistrzów. On sam siebie nazywa rysownikiem, grafikiem, ilustratorem, komiksiarzem i redaktorem w jednym. I wyjaśnia: Rysownik rysuje, ale nie każdy rysownik może być ilustratorem. To już jest wyższa szkoła jazdy, bo tu chodzi o ilustracje do książek, komiksów. Nie zawsze można tu puścić wodze fantazji. W przypadku komiksu o Tadziu byłem cały czas w kontakcie z historykami z Instytutu Pamięci Narodowej. Każdy szczegół rysunku miał istotne znaczenie. Chociażby wzór guzika przy mundurze. Dzięki temu nauczyłem się odróżniać, który element umundurowania pochodzi z lat 20. ub. w., a który z lat 30. To był komiks historyczny i nie można było sobie pozwolić na jakiekolwiek niedociągnięcie. Jak widać, człowiek uczy się przez całe życie. Komiks „Waleczny Tadzio”, którego niektóre rysunki mogą podziwiać pasażerowie łódzkiego pociągu, wymagał od Tomasza typowej, pracochłonnej pracy dziennikarskiej – musiał dokonać researchu, przejrzeć dostępne materiały źródłowe, stworzyć fabułę, potem to wszystko narysować i na koniec pokolorować. Od kilkudziesięciu lat za pomocą ołówka czy kredki lubelski ilustrator „komentuje” też graficznie bieżące wydarzenia – także polityczne. Nie waha się od czasu do czasu naśmiewać się nawet z najważniejszych osób w państwie. Zdarza się, że robi to także wobec lokalnych decydentów. A ci również od czasu do czasu ciągną go potem po sądach.

Kiedyś jeden z radnych wytoczył mi sądowy proces – mówi. – Historia zaczęła się od tego, że tego pana wyrzucili z rady miasta za pijaństwo. Na następne wybory wysłał swoją żonę. Narysowałem postać faceta z czerwonym nosem, który zwraca się do wychodzącej z pokoju kobiety: Pamiętaj, tylko nie wracaj do domu bez mandatu radnej! I razem z naczelnym Dziennika Wschodniego, bo to w tej gazecie ukazał się mój rysunek zostaliśmy pozwani w trybie wyborczym. Na rozprawie sędzia spytał oskarżyciela (radnego z żoną na sali nie było), na jakiej podstawie twierdzi, że na tym rysunku chodzi o konkretnego radnego. „Przecież wysoki sądzie widać, że ma czerwony nos, jest pijany, a poza tym jest to wyraźnie melina”. Nie przekonał sądu, bo sprawa została oddalona. Autor komiksów i gazetowy szyderca nie lubi grafficiarzy. Nie zostawia na nich suchej nitki. Nazywa ich po prostu wandalami, którzy niszczą elewacje i swoimi bazgrołami szpecą okolice. Ale nie ukrywa podziwu dla tych, którzy robią to rzeczywiście dla sztuki, legalnie. To są często twórcy prawdziwych dzieł sztuki – kończy.

Czytaj więcej