Kruczoczarne włosy zaczesane do tyłu, usta pociągnięte czerwoną szminką, paznokcie błyszczące czerwonym lakierem, papieros w dłoni i pewność siebie w spojrzeniu. Diana Vreeland. Wizjonerka. Cesarzowa mody. Ikona stylu. Żaden z tych tytułów nie określa jednak Diany w pełni. Bo przede wszystkim była kobietą, która zrewolucjonizowała postrzeganie piękna i od nowa napisała jego definicję, wyzwalając swą płeć spod ciężkiego jarzma doskonałości.
To, co dotąd uchodziło za urodowy mankament, co postrzegane było jako niedoskonałość, Vreeland uczyniła kobiecym atutem, słabość przekuwając w siłę i niosąc nadzieję tym, które tkwiły w bańce kompleksów. Wydatny nos, wysokie czoło, długa szyja? Nie ukrywaj! Eksponuj! Pokaż światu swoje 190 cm wzrostu, maszerując w butach na koturnach! Odczarujmy kobiece piękno… Pokażmy, czym jest naprawdę, bo diabeł tkwi w szczegółach. Tego chciała Vreeland, przekonując wszystkich, że nie trzeba urodzić się pięknym, by być dziko atrakcyjnym. Jej odwaga, zapał, entuzjazm, ogromny talent i pewność siebie sprawiły, że modelki przestały być bezdusznymi manekinami. Zyskały osobowość. Oddanie głosu Vreeland oznaczało jedno – wszystkie kobiety miały od tej pory walczyć o własną tożsamość, podążać drogą prowadzącą do odnalezienia własnego, niepowtarzalnego stylu. Ale czy na tym koniec? Sławna Diana nie tylko pokazywała, jak się ubierać, ona tłumaczyła, jak żyć.
Od najmłodszych lat słyszała, że jest brzydkim kaczątkiem, potworkiem, tą mniej urodziwą córką. Z lustra spoglądała na nią twarz o ostrych rysach, z wysokim czołem i wydatnym nosem. Czy to dlatego przekonywała później, że piękno można odnaleźć wszędzie? Że jest ono ukryte w każdym z nas, nawet mimo licznych mankamentów, którymi człowiek bywa naznaczony? Świadoma swojej niedoskonałości, pokazywała, że owa niedoskonałość nie wyklucza piękna. Dla Diany Vreeland piękno nie oznaczało bowiem braku brzydoty. Dwie te ponadczasowe wartości istniały nie na przekór sobie, nie w zaprzeczeniu, ale w doskonałej symbiozie. Dziwne i brzydkie pozwalało wydobyć to, co najlepsze i najbardziej wartościowe.
Dalziel znaczy „mieć odwagę”. Panieńskie nazwisko Vreeland z całą pewnością dodawało sił w drodze po marzenia. A te były wielkie. Cesarzowa mody chciała stać się kimś, o kim usłyszy cały świat. Kimś, kto odciśnie na nim swoje piętno, a może trzeba by powiedzieć raczej, piękno. To właśnie tej odwadze i niezwykle bujnej wyobraźni zawdzięczamy wypromowanie skąpego bikini, spódnicy mini czy jeansowych spodni. Wprowadzenie do damskiej garderoby akcentów sportowych, sandałów na rzemykach. Więcej luzu i swobody w ubiorze. A także tak charakterystyczne spojrzenie na modę – dla Vreeland nie strój był najważniejszy, nie nowa sukienka, ale życie, jakie można w niej wieść.
Czy naczelna amerykańskiego Vogue’a spełniła marzenia i wiodła szczęśliwe życie? Śledząc jej poczynania, nie można nie odnieść wrażenia, że to, co zamierzyła, zrealizowała. Z pewnością poznał ją cały świat, a jej charakterystyczny styl uwieczniony na zdjęciach nie pozwala pomylić jej z nikim innym. Była wulkanem energii, medium wyczuwającym talent i kreatywność w ludziach, zanim oni sami zrozumieli, że je mają. Jej filozofię życia można zamknąć w słowach „oko musi podróżować” – by wykryć, spostrzec wszystko to, co warte spostrzeżenia, wszystko, co dziwne i niezwykłe. Pytana o to, jak żyć, odpowiadała, że jest tylko jedno dobre życie – to, którego świadomie chcesz i które kreujesz samodzielnie… Niewątpliwie właśnie takie życie wiodła Diana Vreeland.
Diana mawiała, że w modzie nie chodzi o ubiór, ale o opowieści, wyobraźnię, nieustanne tworzenie, kreację, niekończące się, wciąż odnawiane wizje.
Być może moda była tylko pretekstem do snucia historii o ludziach, o tym, co głęboko w nich ukryte. Odnalezienie i wydobycie, a potem pokazanie innym owych opowieści stało się celem Vreeland. To dlatego organizowała swoje sesje zdjęciowe w różnych zakątkach świata. Nie były to zwykłe, nudne i powtarzalne ujęcia, jakie wszyscy już znali. To był prawdziwy powiew świeżości, huragan pomysłów nieliczący się z kosztami. Wizje szczęśliwego i pięknego życia, jedynego, jakie jest warte ludzkiego zachodu. Vreeland nigdy nie podążała za trendami, ona powoływała je do życia. Nie kopiowała, nie naśladowała bezmyślnie, potrzebowała nowości, oryginalności i tego samego żądała od innych. Jej modowe wizje określano jako mistrzostwo storytellingu, doskonałe połączenie emocji i rozrywki. Modą malowała obrazy ukazujące bogactwo, różnorodność, rozmaitość i niezwykły urok otaczającego ją świata. A jaką opowieść napisała Diana o sobie? Objawiła się jako postać charakterystyczna i niezwykle barwna. Kochała czerwień. Otaczała się nią i ślubowała jej wierność. Nie tylko nakładała na usta i paznokcie, ale przesycała nią przestrzeń domu. Czerwony dywan, czerwone kwiaty na ścianach i zasłonach idealnie współgrały z tą nieprzeciętną osobowością. Fascynację czerwienią porównywała do zakochania się, a rezygnację z niej, do wyrzeczenia się miłości. Trudno powiedzieć, czy jej współcześni rozumieli głębię przekazu, czy raczej słowa te traktowali z lekkim przymrużeniem oka.
Opowieść Diany Vreeland nie kończy się jednak na czerwonych ustach, nie kończy się nawet na muśniętych różem policzkach i zaczesanych czarnych włosach. Na makijażu inspirowanym japońskim teatrem. Bo cesarzowa mody miała do powiedzenia znacznie więcej. Kochała etniczną biżuterię i uwielbiała, gdy było jej dużo. Lubiła słuchać jej przyjemnego brzęczenia. Przepadała za dodatkami, dlatego na głowę zakładała turbany, bogato zdobione kapelusze, nosiła duże, błyszczące okulary. Strój Vreeland do dziś określa się jako doskonałe połączenie minimalistycznej bazy z ekscentrycznymi, wyrazistymi dodatkami. Patrząc na fotografie Vreeland, jej sesji czy wnętrza domu, odnosi się wrażenie, że ta wielka kreatorka wciąga nas do zabawy w teatr – trochę tu ogrywanych rekwizytów, mnóstwo dekoracji, makijaż dodający dramatyzmu i ta niesamowita atmosfera, dzięki której nawet dziś czujemy, że bierzemy udział w niezwykłym spektaklu.
Moda jest częścią życia i nieustannie się zmienia
Diana Vreeland przełamywała schematy i głośno powtarzała, że podążanie utartym szlakiem jest nudne, banalne i czyni z ludzi bezosobowe i nieciekawe kukiełki. Coś takiego jak powielanie wzorców nie powinno mieć miejsca, głosiła. Wiedziała też, że ludziom trzeba dawać nie to, czego pragną, czego potrzebują, ale to, czego dopiero będą chcieć. To oznaczało wychodzenie naprzeciw, ciągłe poszukiwania, odnajdywanie i wydobywanie, nieustanny proces kreacji. Czerpanie z bogactwa kultury, historii, sztuki. Baczne obserwowanie, otwartość na świat i innych.
Vreeland miała świadomość, że moda się zmienia, że musi się zmieniać. Nie lubiła nudy i przeciętności, dlatego zachęcała, by kobiety eksperymentowały, łamały zasady i szukały własnego stylu. Aby im ułatwić tę swego rodzaju ewolucję-rewolucję, podsuwała pomysły. Jej życie było dowodem, że także kobieta może odnieść sukces, mieć wpływ na życie innych. I choć sama nie uważała się za feministkę, często była tak postrzegana.
„Odrobina złego smaku jest jak szczypta papryki”.
Czy Vreeland wiedziała, że przeprowadzi swego rodzaju rewolucję? Na pewno pragnęła zmian. Wydawały się konieczne – poprzez korektę sposobu myślenia o modzie, ubiorze, promowała zmianę postrzegania siebie i swojego życia. Dzięki niej każda kobieta mogła poczuć się piękna, nawet jeśli do tej pory patrzyła na siebie krytycznie. Vreeland uczyła, że to, co wartościowe jest w każdym z nas, trzeba tylko umieć odważnie to wydobyć, podkreślić. Pokazywała, co znaczy nosić dumnie uniesioną głowę, choć inni widzą nasze niedostatki. Z lekcji, jaką dawała sobie współczesnym ta wielka miłośniczka czerwieni i wzorów w panterkę, możemy czerpać także dziś. Trzeba jednak bardzo uważać, bo wszak nie o ślepe naśladownictwo chodziło Vreeland. Musimy zrobić wszystko, by wystrzec się pójścia w stronę kiczowatości, pamiętając jednocześnie, że, jak mawiała cesarzowa mody, „odrobina złego smaku jest jak szczypta papryki”. Gdy patrzę na fotografię Diany Vreeland siedzącej na czerwonej sofie, w czerwonym stroju, z pomalowanymi na czerwono ustami, widzę kobietę pewną siebie, tajemniczo uśmiechającą się do swych myśli, zapewne planującą już kolejne magiczne sesje zdjęciowe. Tonąca w kwiecistej czerwieni zdaje się potwierdzać słowa Christiana Diora: „Będąc naturalnym i szczerym, można zrobić rewolucję, wcale o to nie zabiegając”.
Czy rewolucja dokonała się mimochodem? Vreeland była naturalna i szczera we wszystkim, co robiła. Łączyła powściągliwość ze śmiałością – proste, czarne, eleganckie sukienki pozwalały na ekstrawaganckie dodatki i teatralny makijaż. Doskonałe wyczucie, równowaga, harmonia, obrona naturalnego piękna danego każdemu z nas, sprawiły, że modowa transformacja po prostu się dokonała.




