„Ach, sen. Nic innego nie dawało mi nigdy takiej przyjemności, takiego poczucia wolności, takiej siły, by czuć, poruszać się, myśleć i marzyć, z dala od niedoli świadomości.”
Leżą w pomiętej pościeli, z nutą arogancji i wyższości snują się po własnych mieszkaniach, a otacza ich aura ciężka, fermentująca niczym zakwas rosnący na moralnej dekadencji i narkotykowym upojeniu. Ich majątek objawia się w formie tykającego zegarka, który odlicza sekundy spędzone na niczym. Szezlongi, ottomany, francuskie akwarele, katoliccy święci, mahoniowe meble, perskie dywany, aksamitne zasłony, łacińska poezja i rzymskie grzechy. One wieńczą końcówkę XIX wieku na kontynencie. Bielizna Victoria’s Secret, dyplomy z prestiżowych uczelni, Gucci, sztuka abstrakcyjna, heroin chic – tak kończy się millenium. Oba łączy przytłaczające, nihilistyczne ennui.Fin de siècle z francuskiegodosłownie oznacza „koniec wieku”, w tym wypadku koniec wieku XIX – zanim wybuchła pierwsza wojna światowa, zanim kobiety zyskały prawo do głosu, zanim powstał pierwszy film z Whoopi Goldberg, zanim technologiczne odkrycia wstrząsnęły całym światem (mimo, że już dziewiętnastowieczny rozwój technologiczny wywoływał swoistą nerwicę u typowego fin-de-sièclisty). Trochę mniej dosłownie fin de siècle to ruch katastroficzny w literaturze, sztuce, filozofii życia. Było to pesymistyczne spojrzenie na to, co powszechnie uważano za schyłek cywilizacji – zarówno kulturowo jak i moralnie – symbolicznie utożsamianym z przejściem w kolejny wiek. Takie lęki nie były wyjątkowe jedynie we Francji, czy nawet tylko w XIX wieku. O upadku cywilizacji Zachodniej lamentowali już Rzymianie. A i w Rzeczypospolitej nie zabrakło fin-de-sièclistów, nawet jeśli w Młodej Polsce przyjęci zostali raczej bez większego ożywienia (bo też jaki patriota chciałby wysłuchiwać posępnego „Walka?… Ale czyż mrówka rzucona na szyny może walczyć z pociągiem, nadchodzącym w pędzie [?]”). Nietrudno więc spostrzec, że tak długo jak istnieć będą niepewne końce i jeszcze mniej pewne początki, tak długo ludziom udzielać się będą katastroficzne nastroje „końco-wiecznych” Werterów.

Znudzenie życiem jest antytetyczne do życia samego w sobie. Obrzydzenie życiem? Pogarda? Czy nielogiczne? – może. Jednak patrzę na autoportret Františka Kupki, który stanowi tak doskonale dobraną okładkę dekadenckiej książki Na wspak, i widzę w oczach artysty duszę głównego bohatera powieści, duszę i zmęczenie całego wieku. Wpatruje się prosto we mnie – prosto w ciebie. W ręku, tak samo jak ja i ty, trzyma żółtą książkę. Czy czyta o sobie? Czy ty czytasz o sobie? Czy on też ma wrażenie, że “cała książka zawiera dzieje jego własnego życia, napisane przedtem, zanim je przeżył”? Szukając odpowiedzi, chcę odwrócić wzrok i spojrzeć gdzieś indziej, ale jesteśmy zamknięci w tym samym, żółtym świecie, on i ja, ja i ty. Pozostaje tylko otworzyć powieść.
A opowiada ona o mężczyźnie-mizantropie, który w ucieczce przed ludzką degeneracją i moralnym zepsuciem, zamyka się w swojej odizolowanej od społeczeństwa rezydencji. Na wspak, ponieważ bohater działa przeciwko naturze – zarówno własnej, ludzkiej, jak i tej pisanej wielką literą. Karą za jego buńczuczność jest newroza, którą uleczyć próbuje pobudzaniem zmysłów. Aromatyczne perfumy, by ocucić ze znużenia; kunsztowne przedmioty, by odżyły zesztywniałe palce; finezyjne wersety, by oczyścić umysł i duszę. Całe to dekadenckie znachorstwo skutkuje oczywiście niczym innym jak pogorszeniem objawów choroby. Ostatecznie bohater postawiony zostaje przed sztucznym wyborem: pozostać w izolacji i umrzeć, przyznając, że człowiek nie jest w stanie przeciwstawić się siłom natury, lub wrócić do społeczeństwa i przetrwać, ale żyć ze świadomością, że na zawsze pozostanie marionetką naturalnego świata. To wszystko jest bardzo deterministyczne, ale nie powiedziałabym, że determinizm ten kiedykolwiek miał stanowić jakiś morał, a już na pewno nie tak banalny jak „nie izoluj się od świata”. Czytając Na wspak nigdy nie ma się wrażenia, że Joris-Karl Huysmans (gdyż tak właśnie nazywa się autor powieści) krytykuje zachowanie bohatera, czy strofuje czytelnika prawiąc morały. Nie, Huysmans rozpacza nad jego przeklętym, smutnym losem, nad przeznaczeniem człowieka, który powinien był żyć w innym czasie, innym świecie, na innych zasadach, ale nie może.
Wszystkie rodzaje katastrofizmu muszą mieć w sobie, mimo że wydawać się to może sprzeczne czy paradoksalne, chociażby najmniejszy ułamek optymizmu. Muszą, bo wierzę, że katastrofizm rodzi się z nadziei. Można by powiedzieć, że katastrofizm jest wynikiem nadziei, która umarła, ale to wręcz niewiarygodne. To nie leży w naturze ludzkiej. Czy swoistą nadzieją nie jest pytać „a może w innym czasie, innym świecie, na innych zasadach”? Czy wyobrażając sobie koniec, najstraszniejszy, najokrutniejszy koniec, nie zastanawia się też ktoś, co następuje potem? A potem następuje zawsze, tak samo jak koniec następuje zawsze – jak gdyby nigdy nic – nie z hukiem ale skomleniem.
Nie wiem, czy Ottessa Moshfegh czytała kiedykolwiek powieść Huysmansa. Jestem skłonna uwierzyć, że tak. Zastanawiałam się też, czy osoba odpowiedzialna za dobranie obrazu wykorzystanego na okładce Mojego roku relaksu i odpoczynku świadoma była istnienia autoportretu Františka Kupki. Może podobieństwo między okładkami wynika ze specyfiki tematycznej obu tekstów – podobne teksty rodzą podobne wizualizacje. Wiem na pewno, że różnica między tymi obrazami ukazuje także kluczową różnicę między końcem a początkiem, między naturalistycznym determinizmem schyłku XIX wieku a optymistycznym egzystencjalizmem wieku XXI. Moshfegh umiejscowiła czasowo swoją powieść zaraz przed rozpoczęciem trzeciego millenium, kończąc opowieść na roku 2001. Nie jest to oczywiście bez znaczenia, gdy mówimy o końcach i początkach. Gdybym miała opisać, o czym jest Mój rok relaksu i odpoczynku, bez cytowania słowo w słowo blurbu na tyle okładki, to powiedziałabym, że Moshfegh napisała tę samą powieść co Huysmans, tylko że trochę… na wspak.
Nie tylko dlatego, że główną bohaterką Mojego roku relaksu i odpoczynku jest kobieta (chociaż można wspomnieć, że jest to powieść zdecydowanie równie kobieca co Na wspak męska), ale dlatego, że szarlataneria bohaterki, w przeciwieństwie do pseudo-medycyny jej dziewiętnastowiecznego odpowiednika, kończy się sukcesem. Bohaterka, by wyleczyć się ze smutku i znużenia postanawia zapaść w roczny sen. Gdy się budzi pierwszego czerwca 2001 roku, czuje się „delikatna, spokojna i czuła”. Tam, gdzie perfumy, literatura i piękne przedmioty nie uratowały bohatera przed jego dolą, roczny sen niespodziewanie zadziałał. Trudno mi stwierdzić jednogłośnie, co bardziej więzi obydwie postaci – oni sami czy może filozoficzne inklinacje ich autorów. Bohatera Huysmansa więzi determinizm, ale bohaterkę Moshfegh więzi i równocześnie uwalnia egzystencjalizm – czyli jej własne wybory w okrutnym świecie, który mimo wszystko nie narzuca jej określonego końca.
Czy to dlatego kobieta na okładce Mojego roku relaksu i odpoczynku spogląda w nieznane? Bezimienna bohaterka Moshfegh po przebudzeniu zdaje sobie sprawę, że jej przyszłość jeszcze nie istnieje, że jest kreowana w każdej chwili jej teraźniejszości. František Kupka wpatruje się prosto w nas, jakby wiedział coś, czego my jeszcze o sobie sami nie wiemy. Za to kobieta na obrazie Tilly’ego Kettle’a ze spokojem patrzy w dal, jakby sama jeszcze nie wiedziała, co tam ujrzy. Bo to nie ma znaczenia. Jej przyszłość będzie teraz. Powieść Moshfegh nie jest jedynym tekstem kultury, który przychodzi mi na myśl, gdy zastanawiam się nad tym typem optymistycznego egzystencjalizmu. Piranesi autorstwa Susanny Clarke poszukuje piękna w zwyczajności codziennych wyborów. Tak samo film Duchy Inisherin (2022), a może nawet Wszystko wszędzie naraz (2022) – przynajmniej moim zdaniem. Najważniejsze są zawsze końce, ponieważ one tworzą nowe początki. A końcem Mojego roku relaksu i odpoczynku jest: „Oto ona, istota ludzka, skacze w nieznane i jest całkowicie przebudzona”!