Zuzanna Całka, fot. Dorota Stolarska Kultys
Zuzanna Całka, fot. Dorota Stolarska Kultys
Kultura i Sztuka, Muzyka

„Muzyka żyje dzięki improwizacji”

Warszawa to dla niej pierwsze kasety, płyty, dźwięki fortepianu i papier nutowy. Berlin natomiast pozwolił jej odkryć elektronikę, film oraz otworzyć się na improwizację, która „stała się dla niej fundamentem procesu twórczego”. W tym roku na nowo pokochała Łódź, gdzie po Pasażu Róży niósł się jej utwór „Pulsing” w otoczeniu kolorowych świateł, a w Utrechcie usłyszała od jednej ze słuchaczek, że w trakcie koncertu była dla niej „leśną wróżką, emitującą z ciała fale dźwiękowe”.  W rozmowie Zuzanna Całka – pianistka i kompozytorka opowiada o tym, dlaczego noc to najlepsza pora na komponowanie oraz co łączy Steinwaye z… trumnami.

Kiedy myślisz o fortepianie, co pierwsze przychodzi Ci do głowy?

Najdłuższy związek w moim życiu. Nie pamiętam życia bez fortepianu. Instrument jest częścią mojej tożsamości, tego, w jaki sposób się wyrażam i komunikuję ze światem oraz z samą sobą.

Berlin i Warszawa to dwa ważne dla Ciebie miasta. Studiowałaś w każdym z nich, a w Warszawie mieszkasz od urodzenia. Jak zmieniły Twoje życie codzienne i podejście do tworzenia?


To bardzo ważne, gdzie się mieszka, co chłonie się na co dzień. Myślę, że miałam duże szczęście wychowywać się w latach 90. na warszawskim Ursynowie. Pełno we mnie nostalgii za tym, jak pięknie i nieśmiało Polska rozkwitała po 89. roku. Wyjątkowy czas na odkrywanie muzyki w formie kaset i płyt, rozczytywanie utworów klasycznych z nut. Bardzo wcześnie wiedziałam, że muzyka to jest moja droga i kiedy zrealizowałam plan, czyli pełną edukację od szkoły muzycznej po studia na Uniwersytecie Muzycznym Fryderyka Chopina, czułam, że czegoś jeszcze mi brakuje. Na studiach w Berlinie odkryłam muzykę elektroniczną i film. To był powiew świeżości. Pamiętam, jak mój profesor zapytał, czy przyjechałam do Berlina, żeby grać czy żyć. Zdecydowałam wtedy, że w końcu trzeba wyjść z ćwiczeniówki, pograć z innymi muzykami, obcować ze sztuką, czytać, słuchać, oglądać, rozmawiać. Miałam mało zajęć na Universität der Künste Berlin i dużo czasu, by jeździć na rowerze do Filharmonii Berlińskiej, a wieczorami sprawdzać scenę alternatywną i klubową. Otworzyłam się wtedy na improwizację, która dziś jest fundamentem w moim procesie twórczym. 

Jak oceniasz tegoroczną łódzką jesień?

Rzeczywiście, tej jesieni miałam dwa koncerty w Łodzi. Wrzesień rozpoczął się wielkim świętem muzyki i branży muzycznej, czyli festiwalem Great September. Miałam przyjemność zagrać w Klubie Teatr i spotkać mnóstwo świetnych osób. Mocne wrażenie na mnie i jak obserwowałam na przechodniach również, zrobił pokaz świetlny, który miał miejsce w trakcie trwania festiwalu w Pasażu Róży (jeśli ktoś nie był, to są to kamienice w całości wyłożone mozaiką lusterkową) i połączony był z całodobową emisją mojego utworu „Pulsing”. W Łodzi otworzył się wówczas portal, bo następnego dnia wyjechałam na mini urlop do Grecji i jak tylko wróciłam, po próbie w domowym studiu znów byłam w Łodzi, tym razem na koncercie w Parku Sienkiewicza podczas Festiwalu Światła. W weekend między 26 a 28 września Light Move Festival wypełnił całe miasto kolorowym, pięknym życiem. I ja z moją muzyką byłam w jego środku. W Łodzi zawsze czuję się dobrze, ale tej jesieni zachwyciłam się nią na nowo i to podwójnie.

Muzyka klasyczna kojarzy się z pewnego rodzaju konserwatyzmem – funkcjonuje w obrębie własnych reguł, opartych na wiedzy i tradycji. Z drugiej strony nosi w sobie również rebeliancki pierwiastek – ducha improwizacji. Jak Ty ją postrzegasz?

Ten duch to właśnie clue wykonawstwa. Improwizacja bardzo osadza mnie w byciu tu i teraz. Można wówczas tym czasem zarządzać – albo go wydłużyć, albo skrócić. Niezależnie od tego, jak precyzyjnie zapisany jest utwór, zawsze istnieje przestrzeń na interpretację, na własny oddech, na impuls. Dla mnie to właśnie jest istota wykonawstwa. Wiele moich utworów to zarejestrowane improwizacje, które później udoskonalam, albo i nie. Muzyka wtedy naprawdę żyje.

Niedawno moja koleżanka napisała na Facebooku, że cieszy ją entuzjazm wokół Konkursu Chopinowskiego i że „może obcowanie z klasyką stanie się naszym kolejnym sportem narodowym”. Myślisz, że to możliwe?

Oczywiście cieszy mnie bardzo niezwykła popularność muzyki Chopina z okazji Konkursu. Pianistyka to zdecydowanie nasz narodowy produkt eksportowy – powinniśmy być z niego dumni, bo mamy w tej dziedzinie ogromne osiągnięcia, które podziwia cały świat, jednak konkursy muzyczne to zupełnie inny rodzaj wydarzenia niż piłka nożna czy tenis. W sztuce nie ma punktów, a emocji nie można zamknąć w kategoriach „tak lub nie”. Żeby głęboko przeżywać muzykę, powinniśmy o tym pamiętać.

Zuzanna Całka, Fot. Konrad Kultys

Komponujesz muzykę do przedstawień teatralnych, filmów oraz animacji. Bodźcami do tego rodzaju działalności artystycznej były, jak sama powiedziałaś, chęć spróbowania czegoś nowego, jak również reakcja dzieci na utwory, które stworzyłaś dla teatru dziecięcego. Czy Ty sama pielęgnujesz w sobie wewnętrzne dziecko, któremu pozwalasz czasami przyjąć postać surowego krytyka, a czasami twórczego rozrabiaki?

Współtworzenie dzieła kolektywnego, jakim jest sztuka teatralna, film czy animacja, wymaga zupełnie innej perspektywy. Trzeba naprawdę zagłębić się we wrażliwość innych osób, w ich sposób postrzegania świata, emocje i intencje. To fascynujący, ale zupełnie inny niż twórczość solowa proces. Tworzenie z dziecięcym entuzjazmem i prawdą to właśnie zyskanie takiej innej perspektywy. Podpowiada mi, że warto ryzykować, że można coś zrobić inaczej, bez kalkulacji. Daje odwagę i ciekawość – bez nich trudno o świeżość w tworzeniu. Ale to dziecko, przyzwyczajone do oceniania swoich artystycznych umiejętności w szkole, bywa też surowym krytykiem. Taki insight w połączeniu z improwizacją, pozwala mi na swobodną wypowiedź. Dzięki temu mogę wciąż doświadczać muzyki jak czegoś nowego, odkrywać ją na nowo w każdym projekcie.

Nawiązując do tytułu Twojej EP-ki „Late Night Takes” – czy rzeczywiście lepiej tworzy Ci się nocą? Co takiego ma w sobie ta pora, że pobudza Twoją kreatywność?

Cisza. Nie ma lepszej pory na nagrywanie i komponowanie. A już najlepiej jak jest to noc jesienna, bo jak brzmi cytat z filmu „Stawka większa niż życie” o kasztanach – „Zuzanna lubi je tylko jesienią”. Po zmroku powietrze wypełnia odpowiednia doza nostalgii, melancholii i zadumania, co ułatwia człowiekowi zagłębienie się w siebie. Cisza potrzebna jest mi do usłyszenia prawdy. Nic mnie nie rozprasza, wszyscy śpią – można wtedy zgłębiać tematy, nie tylko muzyczne.

Powiedziałaś w jednym z wywiadów – „słowo daje kontekst, a dzięki temu, że moja muzyka jest instrumentalna, oddaję ten kontekst słuchaczowi”. Jakie najciekawsze obrazy namalowali swoją wyobraźnią Twoi słuchacze?

To jest wyśmienite pytanie, na które czuję, że nie powinnam udzielać odpowiedzi. Czasami po koncertach ludzie podchodzą do mnie ze wzruszeniem i opowiadają o swoich najintymniejszych przeżyciach, emocjach, do których zabrała ich muzyka. W takich chwilach czuję, że to jest nasze wspólne, bardzo osobiste spotkanie – niemal terapeutyczne, oczyszczające. I może właśnie o to w tym chodzi: nie, by wszystko wytłumaczyć, ale by coś wspólnie przeżyć, nawet bez słów. Nakreślę może jeden obraz. Po koncercie w Utrechcie, gdzie występowałam na festiwalu OPIA przed islandzkim duetem Kiasmos, podeszła do mnie dziewczyna i powiedziała, że przez cały koncert wyobrażała sobie, jak scena zamienia się w leśną polanę – jak wszystko wokół pokrywa się miękkim runem, a między liśćmi migoczą promienie słońca. Powiedziała, że widziała mnie wtedy jako leśną wróżkę, która emituje z ciała fale dźwiękowe. To było dla mnie niezwykle poruszające, bo właśnie w takich momentach muzyka przestaje być tylko dźwiękiem – staje się przestrzenią wspólnego przeżywania i wyobraźni.

Pora na mały suspens – co wspólnego mają Steinwaye z trumnami?

Ach! Anegdotka, którą kiedyś usłyszałam od stroiciela. Otóż w trakcie wojny wiele fabryk instrumentów, w tym tych produkujących fortepiany, zostało przekształconych w fabryki trumien. Po prostu była taka potrzeba – drewno, precyzja rzemieślnicza, odpowiedni warsztat. Brzmi makabrycznie, ale jest w tym coś symbolicznego. Fortepian i trumna mają ze sobą więcej wspólnego, niż mogłoby się wydawać – oba są zbudowane z materii, która rezonuje, niesie w sobie echo życia.

Poza ciekawostką historyczną mamy tutaj również ironię losu – wiele osób bowiem obawiało się, że elektronika uśmierci klasykę, tymczasem te dwa nurty doskonale się uzupełniają, czego najlepszym przykładem jest Twoja twórczość. Czym dla Ciebie jest muzyka elektroniczna?

Muzyka elektroniczna to dla mnie przestrzeń nieograniczonych możliwości. Jest jak laboratorium wyobraźni, gdzie można eksperymentować, deformować dźwięk, przenosić go w zupełnie inne światy. To trochę jak malowanie pejzażu emocjonalnego za pomocą brzmienia. Elektronika pozwala mi wejść w głąb dźwięku, rozłożyć go na cząstki, a potem złożyć na nowo już z inną energią, często bardziej intymną. Nie czuję w niej żadnego zagrożenia dla klasyki, wręcz przeciwnie – traktuję ją jak naturalne przedłużenie tradycji. Tak jak kiedyś kompozytorzy eksperymentowali z orkiestrą czy nowymi formami zapisu, tak dziś my pracujemy z syntezatorami, samplami czy efektami. To ten sam duch poszukiwania, tylko inne narzędzia. Dla mnie oba te światy – klasyczny i elektroniczny istnieją w dialogu, a nie w konflikcie. 


Skoro mowa o łączeniu elektroniki z klasyką, doskonałym przykładem jest tutaj Nils Frahm. Wiem, że jego twórczość wywarła na Ciebie ogromny wpływ, a on sam przyczynił się do pojawienia się Twojej kompozycji na składance „Piano Day vol. 4”. 

Tak, Nils Frahm był i jest dla mnie oraz wielu innych osób ogromną inspiracją. To artysta, który pokazał, że można myśleć o fortepianie zupełnie inaczej: jako o instrumencie otwartym, żywym, podatnym na eksperyment. Jego sposób łączenia akustyki z elektroniką, klasyki z jazzem, ciszy z brzmieniem, ma w sobie coś niezwykle organicznego. To było bardzo wzruszające, ale też motywujące doświadczenie, kiedy dostałam zaproszenie do skomponowania utworu na album „Piano Day vol. 4”. Wiedziałam, że to będzie utwór, który wypływa głęboko z mojego procesu twórczego, z miejsca, gdzie wszystko zaczyna się od improwizacji. U podstaw tego utworu leży właśnie ten moment czystego przepływu, w którym niczego nie planuję, tylko pozwalam dźwiękom prowadzić mnie tam, dokąd chcą. Dlatego nazwałam go „Impromptu” – to forma klasyczna, ale oparta na spontaniczności i intuicji. Dla mnie to symbol połączenia tradycji z wolnością, zapisu z chwilą, która dzieje się tylko raz.

Dużą rolę w Twoich działaniach twórczych odgrywa improwizacja, o czym wspomniałaś już wcześniej w naszej rozmowie. Jakie myśli towarzyszą Ci najczęściej  przy komponowaniu utworów? Czy improwizowanie to bardziej wywieranie presji na siebie – intensywne poszukiwanie w głowie pomysłów, czy raczej spontaniczna podróż w głąb własnej wrażliwości, pewien rodzaj bawienia się muzyką?

Dla mnie improwizacja to przede wszystkim podróż w głąb własnej wrażliwości – forma zabawy muzyką, ale też niezwykle szczera. To moment, w którym podążam za impulsem dźwięku. Czasami niezwykle inspirujące jest brzmienie, barwa choćby jednego dźwięku, jednego klawisza instrumentu, wokół którego buduję całą historię. Oczywiście czasem pojawia się intensywne szukanie – eksperymentowanie, próby różnych pomysłów, analiza, zestawianie faktur i melodii. Dla mnie improwizacja to balans między świadomością a intuicją, między kontrolą a wolnością i w tym tkwi cała jej magia.

Patrząc na tezę postawioną przez moją koleżankę, Piano Day oraz sukcesy Twoje, Nilsa bądź Hani Rani, można pokusić się o stwierdzenie, że w świecie popkulturowego fast-foodu jest jeszcze sporo miejsca na analogowe myślenie. Jak Ty na to patrzysz?

W świecie, gdzie wszystko dzieje się szybko i chwilowo, wciąż jest ogromne miejsce na muzykę, która pozwala zatrzymać oddech. Ludzie wciąż pragną doświadczeń, które mają wagę i głębię – takich, które powstają powoli, z dbałością o każdy detal. Analogowe myślenie to dla mnie tworzenie przestrzeni, w której dźwięk ma czas oddychać. To jak sadzenie drzewa zamiast kupowania gotowej rośliny w doniczce: wymaga cierpliwości, uwagi i troski, ale w zamian daje coś trwałego, prawdziwego, co porusza na długo. Dzisiaj duchowość w dużej mierze przeniosła się do sal koncertowych. To właśnie tam mamy kolektywne przeżycia, które mogą być równie wzniosłe i pełne sacrum, jak w tradycyjnych przestrzeniach religijnych. W muzyce liczy się nie tylko to, co słyszymy w danej chwili, ale także przestrzeń, którą dźwięk zostawia w nas  i w tym sensie klasyka oraz analogowe podejście wciąż mają przed sobą ogromną przyszłość.

Nad czym obecnie pracujesz?

Pogłębiam swój świat soniczny, a proces tworzenia daje mi ogromną radość. W ostatnich miesiącach dużo koncertowałam, wiele się wydarzyło, dużo zobaczyłam i przeżyłam. Jesień jest więc czasem utrwalenia tych wrażeń w formy, które wkrótce mam nadzieję wypuścić w świat. Tworzenie i koncertowanie jest dla mnie formą eskapizmu – pozwala przeżywać wszystko głębiej, zanurzyć się w dźwięku i emocjach, które czasami trudno wyrazić słowami. Do końca roku zagram jeszcze kilka koncertów w Berlinie oraz w Filharmonii w Szczecinie. Planujemy już też kolejny rok. Na pewno mogę zaprosić na Piano Day, 88. dnia roku, a więc 29 marca 2026.  Planujemy świętować go, organizując szereg wydarzeń w kultowych warszawskich miejscówkach. Sale koncertowe, kluby i hale wypełni fortepian w najrozmaitszych formułach – od jazzu, przez klasykę, elektronikę aż po eksperyment.

Twoje muzyczne guilty pleasure to?

Powiem za Fran Lebowitz: „Nie wyobrażam sobie, by coś, co sprawia mi przyjemność, miało mnie usidlić w poczuciu winy. To nie ma sensu”. W końcu muzyka istnieje po to, by nas poruszać, bawić, czasem wzruszać do łez  i to jest doświadczenie, którego nie warto w żaden sposób tłumić.

Czytaj więcej